W książce Roberta Primkego „Strzegom 1945” historia niedoszłej ewakuacji zajmuje zaledwie kilka stron. Autor przywołuje powojenne opracowanie Martina Bojanowskiego i Ericha Bosdorfa, według którego 9 lutego dwóch niemieckich oficerów przybyłych z frontu miało zażądać natychmiastowego wyprowadzenia ze Strzegomia kobiet i dzieci. Lokalny działacz NSDAP miał jednak odrzucić ich żądanie.

Dopiero „Dziennik śląski” Helene Plüschke, opublikowany w kwartalniku historycznym „Karta”, pokazuje wydarzenia z perspektywy osoby, która znajdowała się wtedy w mieście. To szczególnie cenne źródło, ponieważ Plüschke prowadziła swój dziennik od 1929 roku. Nie są to więc wspomnienia spisane kilkadziesiąt lat po wojnie, ale zapiski powstające w okresie obejmującym opisywane wydarzenia.

Na początku lutego 1945 roku sytuacja w Strzegomiu stawała się coraz bardziej napięta. Do miasta docierały tysiące uciekinierów ze wschodu, Rynek był wypełniony ludźmi, a pod arkadami koczowały kobiety z dziećmi. Jednocześnie samochody wyposażone w megafony kilka razy dziennie przekazywały komunikaty partyjne o sytuacji na froncie i nawoływały mieszkańców do zachowania spokoju.

Striegau, październik 1944. Helene Plüschke z dziećmi. Od lewej: Siegfried, Lothar, Elvira, Margot, Klaus. Fot. ze zbiorów Lothara Plüschke

Mieszkańcy chcieli wyjechać już 8 lutego

8 lutego do Strzegomia przybyli kolejni uchodźcy, tym razem z powiatu średzkiego. Przynosili wiadomości o szybko zbliżającym się froncie.

Po południu przed ratuszem zebrał się tłum mieszkańców. Ludzie domagali się jednoznacznej decyzji w sprawie ewakuacji.

Helene Plüschke zapisała, że przed zebranymi wystąpił Ortsgruppenleiter, czyli szef miejscowej organizacji NSDAP. Tłumaczył, że z władz powiatowych nie otrzymał jeszcze rozkazu ewakuacji i że bez zgody partii mieszkańcom nie wolno opuszczać miasta.

Autorka dziennika przyznała również coś istotnego dla zrozumienia ówczesnej sytuacji: większość ludzi nadal ufała tym zapewnieniom. Ona sama także. Zaledwie kilka rodzin zdecydowało się nie czekać na oficjalną decyzję i samodzielnie wyjechało na zachód.

Dzień później sprzeczność między tym, co działo się w mieście, a tym, co słyszeli mieszkańcy, stała się jeszcze bardziej widoczna.

9 lutego już o godz. 5.00 rano rozpoczęła się pospieszna ewakuacja dużego szpitala przekształconego w lazaret. Według Plüschke wywożono kilkuset pacjentów, pozostawiając część sprzętu i zapasów.

Tymczasem około godz. 14.00 przez miasto ponownie przejechał samochód z megafonem. Komunikat dla ludności brzmiał uspokajająco: przeciwnik miał ponieść straty i zostać wyparty, a Strzegomia nie trzeba było ewakuować. Tej samej nocy Plüschke słyszała jednak coraz głośniejszy i coraz bliższy huk artylerii.

Właśnie z 9 lutego pochodzi również relacja przywołana przez Roberta Primkego. Według Bojanowskiego i Bosdorfa około godz. 13.00 do gabinetu burmistrza mieli przyjść major i kapitan z frontu. Mieli uznać pozostawienie w mieście kobiet i dzieci za nieodpowiedzialne i domagać się natychmiastowej ewakuacji. Lokalny lider partyjny miał odpowiedzieć, że Strzegom nie zostanie ewakuowany.

Tego fragmentu nie można traktować jako zachowanego stenogramu spotkania. Bojanowski i Bosdorf opublikowali swoją książkę w 1951 roku, a Primke przytacza ich relację jako jedno ze źródeł. Dziennik Plüschke jest jednak niezależnym świadectwem pokazującym, że w tych samych dniach lokalne kierownictwo rzeczywiście powstrzymywało mieszkańców przed samodzielnym wyjazdem i uspokajało ich mimo pogarszającej się sytuacji.

10 lutego mieszkańcy po raz kolejny zgromadzili się na Rynku. Od godz. 10.00 razem z uchodźcami próbowali dowiedzieć się, co właściwie dzieje się na froncie. Według Plüschke kierownictwo partii nadal twierdziło, że niebezpieczeństwa nie ma.

Gdy ogłoszono ewakuację, czasu prawie nie było

Przełom nastąpił 11 lutego.

Była niedziela. Plüschke wraz z rodziną poszła jeszcze na nabożeństwo. Pastor Schulte miał już uważać sytuację za bardzo poważną. Niedługo później rozpoczęły się pierwsze sowieckie naloty na miasto. Bomby spadały między innymi w pobliżu Jauerstraße i Bahnhofstraße, a mieszkańcy chronili się w schronach.

Po wyjściu ze schronu Plüschke usłyszała komunikat nadawany przez megafon: ewakuacja Strzegomia miała rozpocząć się 13 lutego o godz. 8.00.

Jej sąsiadka poszła na Rynek po dokładniejsze informacje. Kiedy wróciła, przekazała, że przed ratuszem rozgrywały się gwałtowne sceny, a mieszkańcy domagali się natychmiastowego transportu.

Według informacji przyniesionych przez sąsiadkę plan zakładał ewakuację koleją. 12 lutego miały wyjechać kobiety z dziećmi do szóstego roku życia, 13 lutego osoby starsze i chore, a od 14 lutego pozostała ludność. Plan miał obejmować mieszkańców miasta, ale nie około 30 tys. uchodźców przebywających wówczas w Strzegomiu.

Ta ostatnia liczba oraz szczegóły harmonogramu pochodzą z relacji sąsiadki zapisanej przez Plüschke, a nie z zachowanego urzędowego rozkazu. Trzeba więc traktować je jako świadectwo tego, co wówczas przekazywano mieszkańcom.

Dla samej Helene Plüschke plan oznaczał kolejne oczekiwanie.

12 lutego już od godz. 6.00 rano stała w długiej kolejce przed siedzibą partii. Tam miały być wydawane zaświadczenia pozwalające korzystać z transportu kolejowego. Dzieci zostawiła w domu.

Po około trzech godzinach dotarła do urzędników. Zamiast zgody na wyjazd usłyszała, że musi poczekać. Miała przy sobie pięcioro dzieci, a ponieważ najstarsza córka Margot miała więcej niż sześć lat, rodzina nie kwalifikowała się do pierwszego transportu. Według zapisu w dzienniku mogła wyjechać dopiero po 14 lutego.

To ważny szczegół. Pokazuje, że pozostanie części mieszkańców w mieście nie musi oznaczać, że świadomie zrezygnowali z ewakuacji. Wprowadzono system kategorii i zezwoleń, a rodzina Plüschke została przesunięta na późniejszy termin.

Tego samego dnia sytuacja zaczęła się rozpadać.

Uzbrojeni esesmani opróżniali siedzibę partii, wyposażenie ładowano na wojskowe samochody, a partyjni notable opuszczali miasto. O godz. 12.00 po Strzegomiu znowu zaczął krążyć samochód z megafonem. Tym razem mieszkańców zdolnych do marszu wzywano już do pieszej ewakuacji.

W ciągu zaledwie kilku godzin system zorganizowanych transportów kolejowych zaczął więc ustępować chaotycznej próbie opuszczenia miasta na własnych nogach.

Tymczasem od północy nadciągały już wojska sowieckie.

Robert Primke podaje, że 12 lutego 91. Samodzielna Brygada Pancerna stopniowo przesuwała się na południe. O godz. 19.00 jej oddziały opanowały Goczałków i Rogoźnicę. Tej nocy sowieckie czołgi znajdowały się już kilka kilometrów od Strzegomia.

O godz. 2.00 w nocy z 12 na 13 lutego sowiecki sztab otrzymał rozkaz zajęcia Strzegomia. Czołgi miały ruszyć z Goczałkowa cztery godziny później.

Helene Plüschke tej nocy nie spała.

W swoim dzienniku zanotowała, że około godz. 2.00 widziała wojskowe pojazdy przemieszczające się od strony Żółkiewki w kierunku miasta. Nie potrafiła rozpoznać, do której armii należały.

O godz. 6.30 Strzegomiem wstrząsnęła potężna eksplozja. Niemieccy saperzy wysadzili dwa ważne wiadukty, uszkadzając linię kolejową. Plüschke zapisała, że w ten sposób przerwany został napływ uchodźców, a mieszkańcy utracili drogę ucieczki w stronę gór.

Kilka minut później zaczęła się bezpośrednia walka o miasto.

Według jej relacji dokładnie o godz. 7.00 rozpoczął się sowiecki atak. Ostrzeliwano miasto z artylerii i katiusz, a bomby spadły na rejon dworca. Połączenie kolejowe zostało przerwane.

W tym samym czasie wojskowa dokumentacja wykorzystana przez Primkego pozwala prześledzić ruch nacierających oddziałów z drugiej strony frontu. Czołgi 91. Samodzielnej Brygady Pancernej wyruszyły z Goczałkowa o godz. 6.00, po około trzydziestu minutach rozpoczęły walkę o Graniczną, a o godz. 7.40 dotarły do północno-wschodniego skraju Strzegomia i zajęły stację kolejową.

Zestawienie obu źródeł pokazuje skalę opóźnienia.

Jeszcze dwa dni wcześniej mieszkańcom przekazywano, że miastu nic nie grozi. 11 lutego ogłoszono plan ewakuacji. 12 lutego ludzie godzinami stali po zaświadczenia, a w południe zaczęto nakazywać im wychodzenie pieszo. Rankiem 13 lutego zniszczeniu uległa infrastruktura kolejowa, rozpoczął się szturm, a przed godz. 8.00 sowieckie czołgi były już przy stacji.

Primke podaje, że tego ranka ze Strzegomia odjechały jeszcze dwa pociągi ewakuacyjne, które nie były w pełni zapełnione. Jednocześnie zaznacza, że część mieszkańców nie dołączyła dzień wcześniej do przemieszczającej się przez miasto fali uciekinierów.

Dziennik Plüschke pokazuje jednak, dlaczego nie można sprowadzić całej sytuacji do prostego stwierdzenia, że mieszkańcy „postanowili zostać”. Niektórzy nadal wierzyli władzom, inni czekali na oficjalny transport, część nie otrzymała zgody na wcześniejszy wyjazd, a kiedy zasady zostały zmienione, front był już niemal w mieście.

Do godz. 13.00 oddziały sowieckie opanowały centrum Strzegomia. O godz. 15.00 zajęły jego południową część i zatrzymały się na linii Strzegomki, ponieważ wycofujące się wojska niemieckie wysadziły przeprawy przez rzekę.

Dla pozostających w mieście cywilów rozpoczął się kolejny, znacznie tragiczniejszy etap wojny. W następnych dniach dziennik Helene Plüschke opisuje przemoc, grabieże, przymusowe opuszczanie domów i dramat kobiet po wkroczeniu Armii Czerwonej. Są to wydarzenia wymagające osobnego opracowania i krytycznego zestawienia z innymi źródłami.

W przypadku samej ewakuacji zachowane materiały pozwalają jednak postawić ostrożniejszy i lepiej udokumentowany wniosek niż ten, który wynika wyłącznie z powojennej relacji o decyzji jednego działacza partyjnego. Ewakuacja Strzegomia nie została po prostu „odwołana”. Przez kilka kluczowych dni była odwlekana, mieszkańców uspokajano, następnie wprowadzono etapowy system transportów i zezwoleń, a gdy władze zaczęły wzywać ludność do pieszej ucieczki, Armia Czerwona znajdowała się już kilka kilometrów od miasta.

O godz. 7.40 13 lutego 1945 roku sowieckie czołgi zajęły strzegomską stację kolejową.