Powstanie nie kończyło się na barykadach

Powstanie Warszawskie trwało 63 dni. Było największym zbrojnym wystąpieniem podziemia w okupowanej Europie, ale jego historia nie ogranicza się wyłącznie do walk prowadzonych przez żołnierzy Armii Krajowej.

Podczas kolejnych niemieckich pacyfikacji mieszkańcy byli wypędzani ze swoich domów, piwnic i prowizorycznych schronów. Rodziny prowadzone przez płonące ulice trafiały do punktów zbornych, a następnie do obozu przejściowego Dulag 121 w Pruszkowie.

Obóz utworzono 6 sierpnia 1944 roku na terenie dawnych warsztatów kolejowych. Według różnych szacunków przeszło przez niego od 340 do 650 tys. warszawiaków i mieszkańców podwarszawskich miejscowości. Od 60 do 70 tys. osób skierowano dalej do obozów koncentracyjnych. Pozostałych wywożono na roboty przymusowe albo do miejscowości położonych na terenie Generalnego Gubernatorstwa. 

Pruszków stał się miejscem selekcji. Rozdzielano tam rodziny, oceniano zdolność do pracy i decydowano o dalszym losie wypędzonych. Jednych kierowano w głąb okupowanej Polski, innych zamykano w wagonach jadących do Niemiec oraz obozów koncentracyjnych.

Przekazane redakcji wspomnienia pokazują, że drogi wypędzonych rozchodziły się w wielu kierunkach. Miron Białoszewski opisał podróż zatłoczonym wagonem na Dolny Śląsk i postój w Lamsdorf, czyli dzisiejszych Łambinowicach. Inna relacja przedstawia drogę przez Pruszków do KL Flossenbürg. 

Jednym z miejsc, do których kierowano mieszkańców powstańczej Warszawy, był również KL Gross-Rosen w Rogoźnicy.

Dwa wrześniowe transporty

Z tzw. dystryktu warszawskiego do KL Gross-Rosen skierowano łącznie jedenaście transportów. Sześć pierwszych, wysłanych od stycznia do lipca 1944 roku, pochodziło z więzienia na Pawiaku. Trzy ostatnie, z grudnia 1944 i stycznia 1945 roku, przybyły ze Skierniewic.

Bezpośrednio z wypędzeniem ludności podczas Powstania Warszawskiego związane były dwa transporty wysłane z obozu Dulag 121.

Pierwszy dotarł do Gross-Rosen 5 września 1944 roku. Do obozowej ewidencji wpisywano mężczyzn powyżej 15. roku życia. Dokumentacja transportu została zniszczona, a więźniom nadawano numery z tak zwanej serii powtórzonej. Z tego powodu dokładna liczba deportowanych pozostaje nieznana. Powojenne badania pozwoliły ustalić nazwiska ponad 1250 więźniów.

Drugi transport przybył 20 września. Według ustaleń historyków liczył około 700 mężczyzn, ale do tej pory udało się poznać nazwiska niewiele ponad 400 z nich. Kilkudziesięciu kolejnych więźniów z Pruszkowa trafiło do Gross-Rosen po wcześniejszym pobycie w innych obozach. 

Po trwającej około dwóch tygodni kwarantannie więźniów ponownie rozdzielano. Część pozostawała w obozie głównym. Ponad 600 osób wywieziono do KL Mauthausen. Inni trafili do filii Gross-Rosen i do niewolniczej pracy w niemieckim przemyśle zbrojeniowym. 

Dziesięciomiesięczne dziecko za drutami

Transporty nie były historią anonimowego tłumu. Za każdą liczbą krył się człowiek, rodzina i życie przerwane przez wojnę.

Jedną z deportowanych była Elżbieta Jankowska z domu Malinin, urodzona w 1943 roku. Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, miała zaledwie dziesięć miesięcy.

Jej rodzice mieszkali przy ulicy Chłodnej. Uciekając przed masowymi mordami na Woli, przedostali się do podziemi kościoła Świętego Ducha przy ulicy Długiej, niedaleko Barbakanu. W przepełnionych piwnicach brakowało powietrza. Wokół trwały bombardowania, a po ulicach nie można było bezpiecznie się poruszać.

Po upadku Starego Miasta, 2 września 1944 roku, pięcioosobowa rodzina została wypędzona z Warszawy. Elżbieta, jej rodzice Irena i Eugeniusz Malinin oraz wujostwo Leokadia i Jan Okrztulscy trafili przez Pruszków do KL Gross-Rosen. 

W Rogoźnicy rodzinę rozdzielono. Eugeniusza Malinina i Jana Okrztulskiego skierowano do KL Mauthausen. Żaden z nich nie przeżył wojny. Leokadię Okrztulską przewieziono do KL Ravensbrück. Irena Malinin wraz z maleńką córką została wysłana przez kolejne obozy do Schleusingen, a następnie do Buchenwaldu.

Matka z dzieckiem wróciły do Polski dopiero 10 sierpnia 1945 roku. Ojciec Elżbiety już nie wrócił. 

Po wielu latach Elżbieta Jankowska odwiedziła Gross-Rosen, próbując odtworzyć drogę, którą jako niemowlę przeszła wraz z rodziną. Wspomnienia, choć sama zapamiętała jedynie pojedyncze obrazy, pozostały w rodzinie na całe życie.

Aresztowany we własnym mieszkaniu

Z drugim wrześniowym transportem związana jest historia Henryka Uchmana.

Urodził się w 1913 roku w Warszawie, a od 1928 roku mieszkał z rodziną we Włochach. Podczas okupacji działał w miejscowym ruchu oporu i brał udział w Powstaniu Warszawskim.

16 września 1944 roku niemieckie oddziały zablokowały drogi prowadzące z Włoch. Mężczyznom w wieku od 16 do 60 lat nakazano stawić się na placu przy stacji kolejowej. Jednocześnie żołnierze, żandarmi i funkcjonariusze SS przeszukiwali domy oraz przeprowadzali łapanki.

Uchman został zabrany z mieszkania przy ulicy Jagiellońskiej 4. Razem z innymi zatrzymanymi trafił do Pruszkowa. Pozostałych po zakończeniu transportów kolejowych około tysiąca mężczyzn pognano do obozu pieszo. Po przeprowadzonej tam selekcji część zatrzymanych skierowano na roboty, natomiast pozostałych wysłano do Gross-Rosen. 

Henryk Uchman przybył do Rogoźnicy 20 września w transporcie liczącym 666 osób. Otrzymał numer więźniarski 59 759.

Początkowo pracował przy rozbudowie obozu. W listopadzie został przeniesiony do filii Gablonz, gdzie zatrudniono go przy frezarce w zakładach Zeisswerke. W lutym 1945 roku trafił do podobozu Reichenau i pracował przy jego rozbudowie.

Wolność odzyskał 5 maja 1945 roku. Do domu wrócił w czerwcu, ciężko chory i wyniszczony. Kilka miesięcy później konieczna była amputacja nogi. 

Ocalały, który ocalił nazwiska

Po wojnie Henryk Uchman nie przestał zajmować się historią Gross-Rosen. Założył Archiwum Historyczne Więźniów Gross-Rosen i przez wiele lat korespondował z byłymi więźniami mieszkającymi w Polsce i za granicą.

Stworzona przez niego kartoteka objęła około 30 tys. nazwisk. Materiały zostały w latach 90. przekazane do Muzeum Gross-Rosen. 

W zbiorach Muzeum znajdują się dziś między innymi pamiętniki i relacje byłych więźniów, listy transportowe, powojenne rekonstrukcje dokumentacji oraz kolekcje zgromadzone przez Henryka Uchmana i Romana Olszynę. 

To właśnie dzięki pracy badaczy, świadków i rodzin udało się przywrócić nazwiska ponad 1600 osobom związanym z wrześniowymi transportami z Pruszkowa. Pełna liczba deportowanych nadal nie jest jednak znana. Część dokumentów została zniszczona, a losów wielu więźniów nie udało się dotąd odtworzyć. 

Historia Powstania ma także lokalny adres

Powstańcze walki nie toczyły się w Rogoźnicy ani w Strzegomiu. Ich konsekwencje dotarły jednak tutaj we wrześniu 1944 roku, wraz z pociągami przewożącymi ludzi wypędzonych z Warszawy i okolic.

Dlatego pamięć o Powstaniu Warszawskim ma w gminie Strzegom szczególny wymiar. Nie jest wyłącznie opowieścią o odległej stolicy. Jest także historią ludzi, którzy po przejściu przez płonące miasto, obóz w Pruszkowie i wielodniowy transport trafili za druty KL Gross-Rosen.

Nie wszyscy byli żołnierzami. Wśród deportowanych znajdowali się członkowie podziemia, mieszkańcy podejrzewani o współpracę z ruchem oporu, przypadkowo zatrzymani mężczyźni, kobiety oraz dzieci.

82 lata później, dokładnie o godz. 17.00, warto przypomnieć również ten mniej znany rozdział Powstania. Rozdział, który prowadzi z ulic Warszawy do Rogoźnicy.

Apel do Czytelników

Jeżeli w rodzinnych archiwach mieszkańców Strzegomia i okolic zachowały się dokumenty, fotografie lub wspomnienia osób wypędzonych z Warszawy albo więzionych w KL Gross-Rosen, prosimy o kontakt z redakcją Halo Strzegom. Każdy taki ślad może pomóc w przywracaniu kolejnych nazwisk i historii.