Powstanie rozpoczęło się 1 sierpnia 1944 roku o godz. 17.00 na rozkaz dowódcy Armii Krajowej, gen. Tadeusza Komorowskiego „Bora”. Jego celem było wyzwolenie Warszawy spod niemieckiej okupacji oraz wystąpienie Polskiego Państwa Podziemnego w roli gospodarza stolicy przed wkroczeniem Armii Czerwonej.

Walki planowano na kilka dni. Trwały 63 dni, do początku października. W działaniach uczestniczyło około 50 tys. żołnierzy Armii Krajowej i innych formacji podziemnych, jednak powstańcom od początku brakowało broni, amunicji, ciężkiego sprzętu i wsparcia z powietrza. 

Pierwszy dzień Powstania w relacji Mirona Białoszewskiego nie rozpoczyna się od strzałów, ale od mokrego, pochmurnego przedpołudnia, zatłoczonych tramwajów i wyjścia po chleb. Dopiero później na ulicach pojawiło się zamieszanie, a wśród mieszkańców zaczęły krążyć pierwsze informacje o walkach. 

Miasto zeszło pod ziemię

W ciągu kolejnych dni życie warszawiaków przeniosło się z mieszkań do piwnic. Powstawały podziemne ciągi komunikacyjne łączące sąsiednie budynki, schrony, kotłownie i prowizoryczne przejścia wykute w ścianach.

Białoszewski opisuje labirynt piwnic pod domami przy Rybakach. W jednej z większych sal ustawiono ołtarz, a przy wejściu stała beczka z wodą przeznaczoną na wypadek pożaru. Już 7 sierpnia woda nie była świeża, ale każdy jej zapas mógł decydować o przeżyciu. 

W schronach modlono się, śpiewano, przygotowywano posiłki i opiekowano się rannymi. Wraz z nasilaniem bombardowań wspólne modlitwy stawały się coraz częstsze. Mieszkańcy żyli w ciągłym strachu przed zawaleniem budynku, pożarem albo wtargnięciem niemieckich żołnierzy do piwnic. 

Woda i żywność były równie ważne jak amunicja. Ludzie stali w kolejkach do studni, biegali z wiadrami pod ostrzałem i organizowali wyprawy po zboże oraz warzywa. Zniszczenie studni oznaczało nie tylko utratę instalacji, ale natychmiastowe zagrożenie dla wszystkich ukrywających się w okolicznych domach. 

Cywile nie byli jedynie biernymi świadkami walk. Organizowali kuchnie zbiorowe, opiekę społeczną, służby sanitarne, ochronę przeciwpożarową, transport żywności i pomoc dla pogorzelców. Powstawały zespoły zajmujące się kopaniem studni, łącznością, bezpieczeństwem, kwaterunkiem oraz zabezpieczaniem dzieł sztuki i zbiorów bibliotecznych. 

Ogromne znaczenie miała informacja. Poszczególne dzielnice były od siebie odcięte, telefony przestawały działać, a odbiorniki radiowe posiadała niewielka grupa mieszkańców. Prasa powstańcza przekazywała komunikaty, ostrzeżenia, informacje o zaopatrzeniu, zaginionych i sytuacji na frontach, ale jednocześnie starała się nie wywoływać paniki. 

Powstańcy bez broni, cywile bez bezpiecznego wyjścia

Wspomnienia Pawła Wosia pokazują skalę problemów z uzbrojeniem. Po otwarciu magazynu broni przy ulicy Długiej wyposażenie otrzymało około 30 procent chętnych. Sam autor pozostał bez broni, dlatego uczestniczył między innymi w budowaniu barykad.

Woś wspomina grupę młodych powstańców skierowanych do walki z niemieckimi strzelcami znajdującymi się na wieży kościoła przy Lesznie. Dysponowali bronią krótką i granatami. Według jego relacji żaden z nich nie wrócił z akcji. 

Jan Kurdwanowski w swoich wspomnieniach podkreślał, że wiele barykad powstawało spontanicznie, bez jednolitego planu i doświadczenia w prowadzeniu walk ulicznych. Początkowo miały przede wszystkim zatrzymywać czołgi. Później okazywało się, że nie zawsze chroniły przed piechotą, a utrata jednego domu mogła odciąć obrońców sąsiedniego budynku. 

Relacje uczestników nie pomijają chaosu, błędów, zmęczenia ani zwątpienia. Kurdwanowski pisał, że pod koniec walk przestał przywiązywać wagę do dni i dat. Liczyło się położenie słońca i przetrwanie kolejnych godzin, a przeszłość i przyszłość zostały zastąpione przez nieustanną teraźniejszość. 

Najwyższą cenę zapłaciła ludność cywilna. Według danych przywoływanych przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego podczas Powstania zginęło ponad 150 tys. cywilów. Po kapitulacji mieszkańców wypędzono, a Warszawa została niemal doszczętnie zniszczona. 

Dla wielu warszawiaków utrata kolejnych dzielnic nie kończyła tragedii. Paweł Woś opisuje wyprowadzenie rodziny ze Starego Miasta, marsz do Pruszkowa, selekcję mieszkańców i transport w wagonach towarowych do obozów. Rodziny starały się pozostać razem, choć nie wiedziały, czy zostaną skierowane do pracy przymusowej, czy do obozu koncentracyjnego. 

W Strzegomiu pamięć o Powstaniu można uczcić prostym gestem: zatrzymaniem się na minutę i przekazaniem tej historii kolejnemu pokoleniu. Godzina „W” przypada dziś dokładnie o 17.00.